Srebrnogórska Biała Dama

 W pałacu srebrnogórskim jest komnata w niej obraz kobiety wyższego stanu; kto jest ta kobieta, kto ją malował, zawiesił, skąd się wzięła w tym pałacu? Nikt tego nigdy nie wiedział, nikt wiedzieć nie będzie.

Obraz ten nie ma nic uderzającego w sobie oprócz surowego nieco spojrzenia i ręki jednej nienaturalnie jakoś położonej. Palce tej ręki zdają się jakby przesilone, skościałe po jakimś czynie gwałtownym, może zbrodniczym. O nic łatwiej wprawdzie jak o domysł podobny, w którym zapewne i cienia prawdy nie ma. Tu przecież prędzej wypatrzyć by go można; stara bowiem i głucha wieść krążyła tu kiedyś, jakoby przed niepamiętnymi czasy w miejscu tym jakaś zbrodnia spełnioną być miała. Mówiono nawet i o dwóch sierotach, ale z taką niepewnością i ciemnotą rzeczy, że nikt prawie wiary temu nie dawał. Rzadko więc o tym mówili ludzie, byliby nawet wiecznie zamilkli, gdyby widmo ukazującej się niekiedy w pałacu kobiety nie wywoływało czasami z pamięci tej bolesnej powiastki.

Widmo to nie kłóci tak nielitościwie spokojności, jak się to gdzie indziej dzieje. Spotykają je tylko niekiedy klęczące na korytarzu i zatopione w modłach; gościom nawet nocującym w przykaplicznym pokoju, cichym tylko o północy przypomina się stąpaniem. Niewiast jednakże, dzielnych mężów i drobnych dziatek snu nigdy nie przerywa, jakby na wrodzoną ich lękliwość względne. Jest przecież w każdym roku jedna noc straszliwa, okropna, której nikt w pałacu przespać nie może; tych nawet, co nic nie widzą, nie słyszą, o niczym nie wiedzą, porywa jakaś gorączka niespokojności. Zdaje się, że coś nadzwyczajnego przeczuwają w naturze.

Przez całą tę noc, choć niebo wkoło jest jasne, pogodne, zawsze się waży nad pałacem jakiś obłok czarny, a pobliższe drzewa parku, choć żadnym nie wzruszone wiatrem, dziwnie szeleszczą. Już od jedenastej godziny słychać jakiś szum i łoskot w komnacie, jakieś wyraźne chodzenie i ustawianie sprzętów. Kryją się domownicy, tylko bliżej przystępują, słuchają, zaglądają; twarze ich przecież bledną, wznoszą się włosy, całe powietrze zda się jakąś nasiąkłe okropnością.

Uderza północ. Roztwierają się same przez się drzwi komnaty, zapalają się świece, lecz jakimeś dziwnym, bladym, błękitnym światłem; widmo kobiety w białej i długiej szacie, z rozpuszczonymi włosy, wywiędłym boleścią obliczem klęczy na progu.

Nagle zimno grobowe uderza wkoło; ukazuje się kapłan w ornacie ze mszą świętą idący. Okropny widok ... Kapłan ten jest kościotrupem ... głowa jego trupią, ręce kielich niosące kościami tylko; poprzedzają go dwa małe szkielety w komżach. Jeden z nich niesie ampułki, drugi mszał ogromny. Zaczyna się msza święta, kapłan składa i rozkłada ręce, obraca się, przyklęka, czyta w mszale, gorąco się modli; dwa małe szkielety zdają się modłom jego odpowiadać, żaden przecież głos, żadne westchnie nie dosłyszeć się nie daje. W chwili tylko podniesienia ciała i krwi Pańskiej głuchy odgłos kościanego dzwonka głębokie przerywa milczenie. Kończy się obrzęd; kapłan zasiada w krześle - widmo przystępuje do spowiedzi. O, jakże gorąco modli się wprzódy; jakiż to ciężar piersi jego rozpiera Spowiada się, kapłan słucha i słucha, długo słucha. Ileż to łez i westchnień przerywa tę spowiedź Wielki Boże Jakżeż straszliwym musi być wyznanie tego widma, jaka zbrodnia jego? Patrz, patrz, po trupiej czaszce kapłana zimny pot zlewa się strumieniem, w wydrążonych oczach błyska promień oburzenia, wiszący obraz kobiety cały czernieje, jakiś głuchy grzmot daje się słyszeć nad pałacem. Drobne dwa szkielety, klęcząc i modląc się, zdają się błagać za winną. Wyznała już wszystko i schyla głowę, i bije się w piersi na znak żalu i skruchy. Bije silnie - płacze i czeka. Czeka chwil kilka, wreszcie podnosi na kapłana wzrok błagalny i mówi: “Przebaczenia”. A kapłan jej grobowym odpowiada głosem: “Nie w tym roku jeszcze”. “ I kiedyż, kiedyż?” - odzywa się widmo. Kapłan milczy. Wskazuje jej na dwa klęczące szkielety, znika, gasną świece, zamykają się drzwi komnaty, jęk tylko długi słychać za nimi i naraz wszystko cicho i ani śladu tego, co przed chwilą było.

W ten właśnie sposób na podstawie “Podań i legend polskich, ruskich i litewskich” (1845) Lucjana Siemieńskiego opowiedzieliśmy całkowicie zmienioną historię życia 23 - letniej Ireny Moszczeńskiej, córki Stanisława i Joanny, zmarłej i pochowanej w Srebrnej Górze 19 września 1908r.